Boeing 787-9, dosyć tłoczno, prawie wszystkie 330 miejsc zajęte. Jeśli tyle ludzi kieruje się na czarny kontynent, to chyba Afryka da się lubić :)Przesiadka w Addis Abeba, stolicy Etiopii i dalej kierunek TanzaniaNajwyższa góra Afryki już majaczy na horyzoncieUdało się wybrać właściwą stronę samolotu i przy lądowaniu mamy widoczne dwie magiczne góry Meru i Kili. (2). (3). (4)Na lotnisku już czeka na nas ekipa i po przepakowaniu rzeczy ruszamy w drogęPo lewej szef wszystkich szefów, czyli Andrew, właściciel naszej agencji trekkingowej. (5). (6)Niektórzy z ekipy smacznie śpią z tyłu busa, a my prawie bez spania przez ostatnoe 24h ruszamy od razu na trekking, oj nie będzie łatwo ...W ekipie jedna dziewczyna, która będzie tragarzem i jednocześnie pomoże w przygotowywaniu posiłkówKapelusz kupiony, więc można zaczynać trekking. (7). (8)Późnym wieczorem docieramy po 6 godzinach do pierwszego obozu - Machame Camp 2835mPokonanie ok. 2,5 km przewyższenia w ciągu jednego dnia daje w kość, od początku ból głowy i biegunka, więc tylko lokalna herbatka może nas uratować :)Jest mega zimno, mamy wszystkie ciuchy na sobie, a dalej będzie tylko gorzejRano inne ekipy pakują już namioty, my ruszamy z lekkim opóźnieniemTragarze mają po ok 20-30kg, ale są też mocarze z większym bagażem, my spokojnie z plecakami ok. 6 kg. (9). (10)Już drugiego dnia góra wyłania się nam z nienacka i będzie ciągle widoczna aż do końca trekkingu. (11). (12). (13)Nasi dwaj przewodnicy, Juma po lewej i Edward po prawej to dobre ziomki, lepiej nie mogliśmy trafić. (14). (15). (16)Docieramy do obozu drugiego Shira Cave Camp 3750-3840m, namioty można rozstawiać w różnych miejscach, stąd podawane są różne wysokości. (17). (18). (19). (20)Zawsze w każdym obozie trzeba wpisać się do księgi, widzieliśmy nawet kilku Polaków wpisanych tuż przed namiChyba najpiękniejszy obóz z wszystkich, ale jednocześnie najzimniejszy, bo na odkrytym terenie. W nocy było zapewne ok.  -12 stopni. (21)Kucharz daje radę i na życzenie przygotowuje wegetariańskie jedzonko, choć apetyt tak słaby, że 80% jedzenia zostawiam, ale nic się nie marnuje, bo tragarze z naszej ekipy zawsze chętnie skorzystająNoce na tej wysokości są MAGICZNE, a gwiazd miliony na niebie. (22)Wizyta w lokalnej toalecie, gdy przed tobą było już kilkadziesiąt osóbTrzeciego dnia Kilimanjaro wydaje się być na wyciągniecie ręki, ale to iluzja, bo przed nami jeszcze 2 dni wędrówki. (23). (24). (25)W tle Mount Meru, czyli młodsza siostra Kilimanjaro. Tam można połączyć trekking z safari, więc trzeba jeszcze tutaj wrócić :). (26). (27). (28). (29)Lava Tower Camp 4600m, to już solidna wysokość, ale dla nas to tylko aklimatyzacja, bo z powrotem schodzimy 1000m w dół do kolejnego obozu.. (30). (31). (32). (33). (34). (35)Niesamowity klimat na koniec dnia, ogromne endemiczne sukulenty Dendrosenecio kilimanjari są przystosowane do ekstremalnych warunków na tej wysokościCzwarty obóz Baranco Camp 3900mDwa razy dziennie dostawaliśmy miskę z wodą z pobliskiego strumyka, z tego samego miejsca też woda do picia. (36)Tylko raz przez kilka godzin padał wieczorem deszcz, więc pogoga się spisała i warto planować wyprawę w porze suchej. (37)Z każdego obozu widzimy nasz cel wędrówki, tak blisko, a tak daleko :). (38). (39)Nasz namiot czerwony, żółty przewodników i duży zielony dla reszty ekipy, a w tle dzieją się cuda ...Rano ruszamy pełni sił, ale do pominięcia mamy jeden obóz, bo za radą naszego przewodnika zdecydowaliśmy, że skracamy trekking o jeden dzień, sam nie wiem skąd ta jego wiara w nasze nadprzyrodzone możliwości ? :). (40). (41). (42). (43)Miejscami robi się trochę stromo, ale w końcu nikt nie mówił, że będzie płasko. (44). (45). (46). (47). (48). (49). (50). (51). (52)To tylko pośredni obóz, w którym spali byśmy, gdybyśmy nie skracali trekkingu. Karanga Camp 3995m. (53). (54). (55). (56). (57)Do not push. Ważny przekaz, bo na tej wysokości już co chwila latają helikoptery i zabierają osoby, które potrzebują nagłej pomocy, więc trzeba ocenić swoje możliwości, co jest niezwykle trudne.. (58). (59)Barafu Camp 4673m, czyli ostatni obóz przed szczytem. (60)W toaletach tak intensywne zapachy, że warto przykryć nos podczas wizyty. Nic dziwnego, bo tylko kilka toalet na 200 osób :)Z tej wysokości widać miasteczko Moshi, w którym po zejściu spędzimy ostatnie 2 dni w TanzaniiAtak szczytowy. Ruszyliśmy o godzinie 3:00 w nocy, więc niewyspani ciśniemy do góry. (61). (62). (63). (64). (65). (66)Pośredni szczyt Stella Point 5765mMamy coraz więcej przerw po drodze aby złapać oddech, najważniejsze jest dużo pić, bo wtedy szybko wydala się z organizmu nagromadzony dwutlenek węgla. (67)Przewodnicy dodają nam otuchy śpiewając i tańcząc, więc moc jest z nami :). (68). (69). (70)Ostatnia prosta, już niebawem szczyt. Lodowce i potargany wiatrem śnieg tworzą magiczny widok, wszędzie dookoła tylko biel. (71). (72). (73). (74). (75). (76)Mission complete. Prawie 6 km przewyższenia dało nam w kość !. (77). (78)Przy zejściu humory dopisująPo 15 godzinach docieramy do Mweka Camp 3100m, to ostatni obóz przed zejściem do bram parku.Trzeba pozbyć się wulkaniczego pyłu, bo zajmuje połowę całego butaDość szybko zasnęliśmy, bo ostatni dzień był nieco ekstremalny :). (79). (80). (81)Niby już nisko, a nadal ponad chmurami. (82)Podobno wszystko jest w głowie, ból i przeciwności podczas takiej wyprawy to iluzja, przynajmniej po zejściu człowiek myśli trochę inaczej :)One team, one dream - to często powtarzany cytat przez naszych przewodników ... i coś w tym jest.Lokalny taniec Suahili naszej ekipy zanim zwiniemy obóz, jako podziękowanie wspólnej wędrówki. (83). (84). (85). (86). (87)Zostawiamy tą piękną górę za sobą, teraz już tylko zejście do bram parku. (88). (89). (90). (91)Podziwiamy małego kameleona. (92)Wózek ratunkowy na jednym kole, takim sprzętem zwożeni się wędrowcy nawet przez kilka dni z wyższych partii, którzy nie mogą być zabrani przez helikopter. Ktoś musi jednak wnieść te 45 kg na górę.Na deser wspinaczka na lianiach. Trzeba tylko uważać, by nie spaść na głowę tragarzom :). (93). (94)Przewodnik Juma też daje radę i to z ogromnym plecakiemWymioty i biegunka ostatniego dnia nie pomagają, jest naprawdę ciężkoCałe szczęście zabieramy się jeepem wynajętym przez dwie Rosjanki, delikatnie mówiąc trochę telepie gdy kierowa po wertepach pędzi 70h/100km :). (95). (96). (97). (98). (99)Już końcowa brama parku narodowegoNa końcu wręczenie dyplomów wydawanych przez władze parkui rozliczenie napiwków, które zdecydowanie uszczuplą naszą kieszeń. Jest wesoło po na pożegnanie Andrew przekręca nasze nazwisko na Kazachstan :)Prez cały kolejny dzień nie było poprawy, osłabienie ogromne i ciągłe wymioty, nie było wyjścia i doktorek zawitał do nas do pokoju.Kroplówka podłączona przez całą dobę pozwoliła dojść Damianowi do siebie. Doktor przyjeżdżał do nas kilka razy, konsultował się jeszcze z innymi lekarzami, więc chyba byliśmy w dobrych rękachNyota Safari Lodge - w mieście Moshi. Zdecydowanie polecamy, właściciel pomógł nam załatwić lekarza i przepyszne śniadanka były wliczone w cenę pobytu. Cena 40 zł / os.W dniu wylotu w końcu czujemy się lepiej, więc wychodzimy z pokoju i naszym oczom ukazuje się magia. Kilimanjaro wyrasta przed nami jak spod ziemi. Chyba najlepszy widok jaki widzieliśmy podczas tej wyprawy, a było ich przecież bez liku.. (100)Mieliśmy iść na piechotę do miasteczka, ale lokalsi chętni do pomocy. Za jedynie 3000 szylingów (4,5 zł) ruszamy na motorku.. (101)Po drodze co chwila pogawędki z innymi kierowcami , widocznie chyba to niezbyt popularny środek lokomocji wśród turystów bo zwracaliśmy na siebie uwagę. (102). (103). (104). (105). (106)Moshi, klimatyczne miasteczko z własnym dworcem kolejowym, to by była przygoda pojechać stąd pociągiem w nieznane, może kolejnym razem .... (107). (108)Reklama lolalnego kościółka z rozpiską godzin mszyNagle trąba powietrzna przechodzi prosto przez nas, ciekawe doświadczenie, bo widzieliśmy jak wiruje i zmierza w naszym kierunku, całe szczęście nie była zbyt duża, bo jakieś 20 metrów wysokościPo zakupie pamiątek zmieniamy transport i tym razem tuk tukiem pędzimy przez miasto, bo przecież za kilka godzin musimy być na lotnisku.. (109). (110)Tanzańczycy są niezwykle przyjaźni, co chwila nas zagadują. Nie to co ci na Zanzibarze na plaży kilka lat temu, którzy chcieli się ze mną przywitać kijami bejsbolowymi :). (111). (112)Przed wyjazdem zostało nam tylko polowanie na jaszczurkęAgama czerwonogłowa mieszkająca w ogródku naszego hoteliku, mierzy do 40cm. (113). (114). (115). (116). (117). (118). (119). (120). (121)Czas wracać, linie Ethiopian dały radę, tylko ten długi lot mógłby być krótszy :)W samolocie przynajmniej mieliśmy miejsca siedzące, a w naszym PKP brak miejsc, więc tarasujemy przejściePiwko na pamiątkę pewnie wypijemy niebawem, bo tam z dolegliwościami żołądkowymi to nawet nie mieliśmy co próbować.Pamiętkowe kubki malowane plakatówkami, gdzie farba już prawie nam się zmyła całkowicie. Ach ta afrykańska kreatywność :)
Całe szczeście krajobraz Afryki zostanie nam w pamięci i na zdjęciach. Wyprawa życia bez dwóch zdań !